Najnowsze Wpisy

spillbi69 Komentarze (1)
06. stycznia 2009 01:21:00
linkologia.pl spis.pl

WOKULSKI BYŁA KOBIETĄ

       Kilka lat temu, kiedy jeszcze pracowałem głównie w reklamie, zacząłem odczuwać już tęsknotę za pisaniem innych rzeczy. Może jakiś książek, może scenariuszy, może tekstów piosenek, sam dokładnie nie wiedziałem czego. Wtedy udało mi się szczęśliwie spotkać właściciela agencji reklamowej, Jerzego, któremu spodobał się jakiś mój stary kryminał. Jerzy miał trochę wolnej gotówki, sporo kontaktów wśród potencjalnych sponsorów i ogromną ochotę zostania producentem filmów. W jednym z modnych warszawskich klubów zetknął się z obiecującym, podobno, reżyserem i, po paru głębszych, postanowili nakręcić film.

      Ja zostałem włączony do tej zabawy jako scenarzysta. Reżyser, Adam, bardzo się ucieszył, że jestem studentem prawa. Sam miał ambicje dorównania Kieślowskiemu, dlatego we mnie ujrzał swojego Piesiewicza, który, jaka wiadomo, z wykształcenia jest adwokatem.

       Pierwszą myślą Jerzego było zekranizowanie mojego kryminału, który nadawał się do niskokosztowej realizacji. Sprzeciwił się temu reżyser, uważający, że materiał nie jest dla niego atrakcyjny. Ja nie obstawałem za swoją twórczością, choć ubódł mnie nieco fakt jej niedoceniania. Ale przyjąłem pokornie zadanie zaadaptowania “Krainy Chichów”, dziełka przez niektórych uznawanego w Polsce za niemal kultowe. Adam był zdania, że Jonathan Caroll bez problemu udzieli zgody na ekranizację swej książki, gdyż podobno najbardziej znany jest w naszym kraju. Na dodatek, na spotkaniu autorskim zrobił na nim (to znaczy na Adamie) sympatyczne wrażenie.

      Miałem już gotowy szkic scenariusza, kiedy z Los Angeles nadeszła odpowiedź od agenta Carolla. Zgoda, oczywiście, jest, ale na “dzień dobry” należy wyłożyć sto tysięcy dolarów, a potem to się jeszcze zobaczy. Ponieważ nasz cały budżet “gotówkowy” (dochodziło trochę rzeczowych aportów) miał nie przekroczyć tej kwoty, sprawa oczywiście upadła.

       Zaczęliśmy więc szukać nowego tematu. Wtedy ja zaproponowałem, żeby, na fali ekranizacji szkolnych lektur, nakręcić film o tytule “Laleczka”. Miała to być swoista kontynuacja “Lalki” Prusa, prowadzona we współczesnych czasach, zrealizowana w formie thrillera. Akcja zaczynała się tuż po tajemniczym zniknięciu Wokulskiego, a osnuta była wokół jego poszukiwań, które wielu ludziom są nie na rękę.

      Adam nie był zachwycony tym pomysłem, choć nie negował jego sensowności. Za to Jerzy podszedł do niego entuzjastycznie. Nie dość, że rzecz można było łatwo “sprzedać” marketingowo widzom, to i ewentualnych sponsorów takim tematem prościej przyciągnąć. Dlatego też z miejsca przystąpiłem do szkicowania historii dalszych losów Wokulskiego.

     Gdy spotkaliśmy się w restauracji, by omówić pierwszą wersję scenariusza, Adam oświadczył nam, że nie miał czasu jej przeczytać.

- To zresztą nieistotne, bo wiem co powinniśmy zrobić – oznajmił zadowolony.

- W jakim sensie?

- Wiem, co zrobić, aby unowocześnić scenariusz. Wokulski musi być kobietą.

      Adam spojrzał na nas z dumą, jakby właśnie wynalazł jakiś superprocesor komputerowy albo znalazł sposób na podróże w czasie. Natomiast my z Jerzym popatrzyliśmy najpierw po sobie, aby upewnić się, czy usłyszeliśmy to samo.

- Oczywiście, żartujesz? – spytał producent.

- Absolutnie nie – Adam jeszcze nie zauważył naszej dezaprobaty. Na razie myślał, że chwilowo nie jesteśmy w stanie objąć jego genialnego pomysłu. – Przecież to w gruncie rzeczy dość oczywista parabola. Wokulski był prześladowany przez arystokrację jako mieszczanin. Teraz, w dzisiejszej Polsce, arystokracją są mężczyźni, a prześladowanymi mieszczanami kobiety – znów spojrzał na nas z dumą. – Takie potraktowanie sprawy to nowatorstwo.

- No bez przesady – zaoponowałem. – Wajda w roli Hamleta obsadził kobietę już ćwierć wieku temu.

- Tamto to był zabieg formalny – machnął lekceważąco ręką. – A my dokonamy prawdziwej rewolucji w myśleniu!

     Przy naszym stoliku zapadła krótka cisza. Adam chyba już dostrzegał, że nasz brak zachwytu, ma podłoże nieco głębsze, niż niezrozumienie jego pomysłu. My zaś nie bardzo wiedzieliśmy, jak wytłumaczyć, dlaczego ta “rewolucja” podoba nam się umiarkowanie.

- Adam, skąd ta myśl o prześladowaniu kobiet w Polsce? – zapytał ostrożnie Jerzy.

- No przecież to oczywiste – wzruszył ramionami – Powszechnie wiadomo, że zarabiają gorzej, mają zablokowane możliwości awansu.

- To gdzie jest lepiej?

- Na przykład w Szwecji.

- To kiepski przykład – wyciągnąłem ze swojej teczki gazetę. – Zobacz, tu są wyniki badań. W Szwecji wśród kadry menadżerskiej kobiety stanowią niecałe dwadzieścia procent, a u nas ponad czterdzieści.

- Niemożliwe – przeleciał oczami notatkę ze stosowną tabelką. – To jakieś błędne badania, na pewno zmanipulowane.

- Aha – po jego odpowiedzi zabrakło mi przez chwilę argumentu. – Ale przyznam szczerze, że w sześciu agencjach reklamowych, w których pracowałem, kobiety stanowiły połowę kadry menadżerskiej, zarabiając zwykle tak samo lub lepiej niż faceci.

- Nie wierzę ci, tak tylko mówisz – Adam był do głębi oburzony moim argumentem. – Jerzy, a kto u ciebie zarabia najlepiej?

- Ja...

- A widzisz! – wykrzyknął tryumfalnie, aż kilka stolików wokół nas ucichło.

- Ale ja jestem właścicielem. Za to na trzech dyrektorów w mojej firmie, dwóch to kobiety, z czego jedna ma najwyższą pensję.

       Takie przerzucanie się przykładami trwało jeszcze prawie kwadrans. Okazało się, że Adam nie zna osobiście żadnego przykładu dyskryminacji kobiet w miejscu pracy. Jego mama była kierownikiem w urzędzie, a jego dziewczyna dyrektorem w swojej firmie i tylko pani prezes zarabiała od niej lepiej. Jednak ten brak jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie jego tezy nie sprawiał, iż nasz reżyser choć na jotę zmienił swoje przekonania. Sądził, że to tylko kwestia środowiska, w którym się obraca, a które nie dyskryminuje kobiet. Uważał bowiem, że jeśli nawet on nie zna takich przykładów, to znamy je na pewno my i ten fakt przed nim ukrywamy. Po to tylko, aby nie przyznać mu racji (sic!), bo z naszymi poglądami musieliśmy znać środowiska dyskryminujące kobiety.

       Przyznam, że sytuacja zaczęła nas z Jerzym bawić. W naszej rozmowie nie chodziło już wcale o scenariusz filmowy, bo dwie trzecie naszego tandemu było przekonanych, że pomysł jednej trzeciej jest chybiony. I wtedy – nomen-omen – rzutem na taśmę Adam wykrztusił.

- A sportowcy?

- Co sportowcy?

- No, kobiety sportowcy, zarabiają dużo mniej od mężczyzn, jeśli nawet startują w tych samych zawodach. Temu nie możecie zaprzeczyć!

- To prawda. Ale po pierwsze, tak jest na całym świecie, a nie tylko w Polsce. A po drugie, najszybsza kobieta świata biega “setkę” w granicach jedenastu sekund a mężczyzna poniżej dziesięciu. Ktoś kiedyś policzył, że szybciej od najszybszej kobiety na świecie, biega jakieś sto tysięcy facetów. A jej zarobki plasują się pod koniec drugiej dziesiątki męskich zarobków. Można więc powiedzieć, że i tak zarabia zdecydowanie za dużo, jak na to, jaki czas uzyskuje.

- Wiecie, wy to macie jakieś dziewiętnastowieczne poglądy – Adam nie krył oburzenia. – Wy chyba naprawdę nie zauważyliście, że teraz jest równouprawnienie.

- Ależ skąd – spokojnie dopiłem swój napój. – Ja na przykład mam na głowie większość obowiązków domowych, łącznie z zakupami i gotowaniem obiadu. Ale to dlatego, że pracuję w domu i głupotą byłoby zmuszanie mojej żony do robienia tych wszystkich rzeczy wieczorem, po powrocie z firmy, skoro ja mogę zrobić je spokojnie w ciągu dnia. I gdyby kobieta biegająca równie szybko jak mężczyźni, zarabiała od nich mniej, pierwszy bym protestował. We wszystkim jest więc ważny rozsądek i znalezienie proporcji. Na pewno są w Polsce kobiety dyskryminowane. Ale każdy wypadek należy rozważyć indywidualnie, zanim przyłoży się kalkę o wojnie płci.

- Miałem koleżankę, która była handlowcem w pewnej dużej firmie – Jerzy postanowił przyjść mi w sukurs. – Znała trzy języki, skończyła SGH. I zarabiała gorzej niż jej kolega po liceum ekonomicznym, który nie znał żadnego języka obcego. Oczywiście, źle się z tym czuła. Ale gdy spytałem jej, jakie są jej wyniki sprzedażowe w porównaniu z tym kolegą, była oburzona. “Przecież to chodzi o kompetencję i wykształcenie” – twierdziła. A to nieprawda. W firmie handlowej chodzi głównie o wysokość sprzedaży, a w sporcie o to, kto jest szybszy, wyżej skacze, dalej rzuca itp.

- To dlaczego nigdy nie jest tak, że to faceci zarabiają gorzej? – nie poddawał się Adam.

- Ależ jest – uśmiechnął się Jerzy. – Ostatnio robiliśmy przy okazji jakiejś imprezy pokaz mody. Kobiety-modelki kosztowały prawie dwa razy tyle, co faceci-modele. A dlaczego? Bo modą interesują się babki, a sportem mężczyźni. I tyle.

     Adam spojrzał wściekły na zegarek. Przebywanie w towarzystwie męskich, szowinistycznych świń, źle działało na jego nerwy.

- Trochę się rozgadaliśmy. Będziemy musieli przełożyć omawianie scenariusza na inny termin.

    Wyjął banknot i położył go na blacie stolika. Pożegnał się z nami i wyszedł.

- A wydawało mi się, że to inteligentny gość – jęknął przybity Jerzy, który już chyba zrozumiał, że w tym trójkącie film nie powstanie. Przywołał ręką kelnera, żeby poprosić o rachunek.

- Oczywiście, że inteligentny.

- Nie rozumiem – moja obrona Adama zdziwiła go zupełnie. – Przecież gadał takie głupoty.

     Kelner przyniósł nam rachunek i oddalił się bezszelestnie.

- Dawno temu wydawało mi się, że poglądy są kwestią rozumową. Że da się je logicznie wyłożyć i ich właściwe pojęcie zależy od poziomu inteligencji naszego rozmówcy. Ale kiedy wstąpiłem do Mensy i poznałem jej członków, zrozumiałem, że tak nie jest. Każdy z nich miał wybitnie wysoki iloraz inteligencji i zupełnie różne poglądy na większość spraw. I miałem wrażenie, że w najmniejszym stopniu te poglądy zależały od ich rozumu. Ich lewicowość, czy prawicowość, liberalizm lub konserwatyzm, wynikały głównie z rodzinnego wychowania, osobistych doświadczeń, wrażliwości, przyjaciół, jakich spotkali w życiu. Oczywiście, każdy uważał przy tym, że jego poglądy są wynikiem tylko i wyłącznie rozumowania. Tylko gdyby tak naprawdę było, musieliby z grubsza osiągnąć jeden wniosek. A tak nie było – sięgnąłem po portfel i wyjąłem z niego moją część rachunku. – Dlatego już teraz nie dziwi mnie, że dla jednych inteligentnych osób Wokulski będzie zawsze mężczyzną, a dla innych, może stać się kobietą, zależnie od aktualnych potrzeb.


PRZYPADKOWE PRZEZNACZENIE

 

To, na ile przypadek, a na ile przeznaczenie, decydu­je o naszym losie, zawsze fascynowało człowieka. Piękne rozważania na ten temat zawarł w swoim filmie Kieślowski. Ale wniosek, jaki z niego płynął, zdawał się brzmieć: wszystko jest przypadkiem. To, czy będziemy po­rządni, lub to, czy się sprzedamy, nie zależy od nas sa­mych.

Czy jednak tak jest naprawdę? Na to pytanie, jak sądzę, nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi. Największy problem tkwiłby w przeprowadzeniu dowodu. Dlatego też nasza wiara, w którąś z tych teorii, zawsze będzie pozbawiona ra­cjonalnych podstaw. A może raczej będzie jedynie wypad­kową naszych osobistych doświadczeń.

Gdyby zaś ktoś zapytał mnie, do której strony przychy­lam się, miałbym kłopot z odpowiedzią wprost na takie py­tanie. Mogę to jednak zrobić na podstawie dwóch prywat­nych historii mojego życia.

Kiedy zdałem do klasy maturalnej, zakochałem się w pewnej osobie. A ponieważ obiekt mojego uczucia uwiel­biał czytać wiersze, ja zacząłem je pisać. Nie robiłem tego nigdy wcześniej, ani nawet nie ciągnęło mnie w tym kie­runku. I choć piszę je po dziś dzień, nie mam pojęcia, czy napisałbym choć parę wersów, bez owej miłości.

Wielu może stwierdzić, że to normalne, bo to właśnie pani “M” jest od tysięcy lat podstawą poezji. Ale w moim przypadku to uczucie zdeterminowało ładnych parę lat mo­jego życia. Bo choć jedna miłość się skończyła, to kolejne brały początek z tych wierszy. I mimo, że jestem z usposo­bienia bardzo wesoły, to zacząłem przez wielu być po­strzegany jako nieuleczalny melancholik. Każda zaś następ­na dama mego serca, po prostu wymagała ode mnie two­rzenia dla niej poezji, nie mniej pięknej, jak dla poprzed­niczek. Gdyby ktoś więc zapytał, czemu piszę wiersze, z czystym sumieniem mógłbym odpowiedzieć: “przez przy­padek”. Choć pewnie było w tym i przeznaczenie.

Moja maturalna miłość przeminęła z początkiem studiów. Nie będę tu wnikał dlaczego i jak dużo było w tym przy­padku. Można jedynie powiedzieć, że po prostu oboje jesz­cze nie dorośliśmy do uczucia. Rozstanie (oraz kilka wyda­rzeń, które nastąpiły potem) było raczej mało przyjemne.

Kilka lat później oboje znaleźliśmy się w takim momencie życia, który sprzyja już podejmowaniu poważnych decyzji. I oto nagle dostałem od niej list. Bardzo sympatyczny, tłu­maczący dawne nieporozumienia.

Nie miałem pojęcia, jak mam na ten list odpowiedzieć. Z jednej strony nie chciałem odrzucać tej oliwnej gałązki, a z drugiej, nie bardzo wiedziałem, w jakim celu została ona wysunięta. Swoją odpowiedź układałem kilka dni, tak by jej nie zrazić, lecz by również nie powiedzieć za dużo.

Mój list był dość obszerny. Pisałem go parę razy na no­wo. W końcu postanowiłem go wysłać. Włożyłem kartki do koperty, nakleiłem znaczki. Jako nadawcę, wpisałem po prostu: Jacek, bo zawsze tak robiłem. Wychodziłem akurat do swojego przyjaciela na wino, więc wziąłem list ze sobą i wrzuciłem po drodze do skrzynki.

Gdy wracałem do domu, w świetnym humorze, spoj­rzałem na skrzynkę. I nagle uświadomiłem sobie jedną rzecz: nie zaadresowałem listu! Z przerażeniem pomyśla­łem, że będę go musiał pisać raz jeszcze. Ale potem przysz­ło zastanowienie i stwierdziłem, że moja nieuwaga nie mo­że być przypadkiem. Tak po prostu miało być. Takie było przeznaczenie tego listu, że nigdy nie miała go przeczytać osoba, do której go napisałem.

W ten sposób historia mojej maturalnej miłości zakoń­czyła się definitywnie. Niedługo potem podjąłem ważne, życiowe decyzje, wiążąc się z moją przyszłą żoną. Jednak już w tamtej chwili, gdy wynajęliśmy razem pierwsze mieszkanie, wiedziałem, jaki przypadek mi w tym pomógł. I to prawie piętnaście lat przed moimi oświadczynami.

To był początek 83-go. Rok wcześniej zacząłem uczęsz­czać na nadobowiązkową naukę angielskiego. Moja szkoła bardzo się o to postarała, rodzice płacili grosze. Udało się to dzięki jakimś personalnym powiązaniom między wice­dyrektorką szkoły i nauczycielem angielskiego.

Ale właśnie rok później, nauczyciel został aresztowany za działalność opozycyjną. Po prostu poślizgnął się na śnie­gu, gdy przechodził obok milicyjnego patrolu. Z chlebaka wysypały mu się ulotki oraz podziemna prasa. Gdyby nie ta jego chwila roztargnienia, albo strachu na widok „władzy ludowej”, mógłbym nie poznać własnej żony... Ale, po kolei.

Lekcje angielskiego się skończyły. Dzieci zamożniejszych rodziców kontynuowały naukę języka prywatnie. Moich nie było na to stać, ponadto dyrekcja szkoły obiecywała, że postara się znaleźć zastępstwo. Nie udało się. W szkole średniej trafiłem do klasy z językiem niemieckim.

W roku dziewięćdziesiątym drugim brałem udział w olimpiadzie “wosowskiej”. Byłem już o centymetr od fina­łu, który dawał mi automatycznie indeks na studia. Lecz wtedy dostałem pytanie, które wymagało, dość podstawo­wej zresztą, znajomości języka angielskiego. Odpadłem.

Gdyby nie ten fakt, w następnym roku nie brałbym już udziału w kolejnej olimpiadzie, tym razem z parlamentaryz­mu polskiego (w 93-im przypadła akurat “pięćsetna rocz­nica powstania sejmu”) Tu też mogłem zdobyć „wjazd” bez egzaminów na upragniony kierunek. I dopiero tutaj pozna­łem moją przyszłą żonę. Od początku między nami za­iskrzyło, aż za mocno nawet. Przez kolejnych kilka lat się nie widywaliśmy, aż wreszcie stało się coś, co przypadkiem nie było. Ale to już temat na inną historię.

Czy więc sądzę, że moje małżeństwo powstało z przypad­ku? Nie. I mówię tak nie tylko dlatego, że według mnie, jes­teśmy z moją żoną wprost dla siebie stworzeni.

Bo to prawda, że bezpośrednio o moim braku awansu do olimpiady “wosowskiej” zadecydowała nieznajomość języka angielskiego. I faktem jest, że do czasu, gdy zacząłem się ponownie spotykać z moją żoną, nie zetknęliśmy się nigdzie indziej przypadkiem, choć nie unikaliśmy tych spotkań. Tak się po prostu złożyło i gdyby nie wspólne uczestnictwo w olimpiadzie, mógłbym jej nawet nigdy nie zobaczyć!

Ale wiem również, jaki dziwny przypadek sprawił, że od­powiedziałem na inne pytanie w tej “wososkiej” olim­piadzie. Gdyby on się nie zdarzył, na nic zdałaby się moja znajomość angielskiego. I tak bym odpadł.

Może więc jeden przypadek po prostu wyrównał “skutki” innego, a rezultat (czyli ilość punktów uzyskanych przeze mnie) i tak byłby ten sam? I to w kolejnym roku zmusza­łoby mnie do startu w “parlamentaryzmie”? A tam poznał­bym swoją przyszłą żonę...

Może więc przeznaczenie jest tylko przypadkiem?

Może więc te wszystkie przypadki, nie były niczym innym, jak przeznaczeniem?

A może naszym przeznaczeniem jest przypadek?

jacekgetner

kentaki : :

jakatopolko Komentarze (0)
26. listopada 2008 19:55:00
linkologia.pl spis.pl
Długi weekend.

Przedwczoraj wróciłam z 3-dniowej wycieczki do Rogoźnika.

Pomimo tego, że pogoda nie dopisywała, było zajebiście. Wspaniałe 3 dni i noce (!).

Naprawdę świetnie się bawiłam. Była dyskoteka xD Kijowa, ale z Donią i tak wymiatałyśmy !!.

 

No i rozpoczął się długi weekend. Jedni gdzieś wyjeźdżają, inni siedzą w domu. Ja narazie zaliczam się do tych drugich. Jest paskudna pogoda, więc nie jadę. Bo po holere miałabym gdzieś jechać i i tak siedzieć w pokoju ? Bez sensu. Tutaj przynajmniej mogę poklikać. Chyba ułoże za chwilę jakiś układ. Mam wenę xD Może potem wstawie na youtube i dodam tutaj link. MOŻE. Zobaczy się.

 

Muszę narysować 4 prace na plastykę do 26 V. Masakra. Nie che mi się!! Help! A muszę, bo to do takiego jakby konkursu - Oskarów. W naszej szkole zawsze na koniec roku są rozdawane złote statuetki (oskary) w danych dziedzinach. Jest 11 kategorii i w każdej zwycięża 1 <!!> osoba. Ja startuję do Złotego pędzla (plastyka), Złotego pióra (prace literackie z polaka) i Młodego historyka, ale tę ostatnią kategorię to więłam tylko tak. Nie myślcie sobie że uwielbiam ten przedmiot! Na lekcji poprostu zasypiam. Po prostu chę sięsprawdzić. Wogóle to co roku jest wielkie zamieszanie z tej okazj. Jest organizowana cała gala, gdzie uczniowie przychodzą z rodzicami, połączona z zakończeniem roku szkolnego. To takie pożegnanie najstarszych klas. Do końca nie wiemy kto zdobędzie figurkę, więc są spore nerwy. Mam nadzieję że zdobędę statuetkę. Trzymajcie za mnie kciuki.  

 

Zdobyłam 2 miejsce w konkursie na naj bloga u www.m-a-g-d-a08.blog.onet.pl Fajnie xD Wygrałam 200 komów i dyplomik. Thx :*

 

To tyle na dzisiaj. Myślę, że pod notką napiszecie choć kilka komów. Pzdr. dla wsyzstkich :* Bye .!.

 

71 Jesteście koffani...
Sprawdzian?.?

HeJka .

Właśnie wróciłam do domu po sprawdzianie po 6 klasie.

Nieźle mi poszło xD

Innym zresztą też.

Już nie mogę doczekać się wyników!.!

 

To tyle jeśli chodzi o dzisiajszą notkę.

Króciutka - wiem, ale na weekend szykuje coś extra.

 

Bye :*

kentaki : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930311

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

twojefinanse | zyprexa0 | hak-er | milas | riya | Mailing